tabloid online w stanie spoczynku
niedziela, 30 listopada 2008
Polacy w sondażu zażądali, by prezydenta darzyć większym szacunkiem. Zgoda, choć obawiam się, że doszło do pewnego drobnego nieporozumienia. Śmiem przypuszczać bowiem, że badani wyrazili swą opinie o urzędzie prezydenta w ogóle, nie zaś o prezydencie Lechu Kaczyńskim. Możemy więc (my prześmiewcy) szanować prezydencki urząd, pod warunkiem jednak, że zasiądzie na nim ktoś poważny i godny szacunku. I taki był sądzę wydźwięk tego sondażu, zaś pisia Panorama, kierowana przez pisich urzędników i przydupasów, zinterpretowała ów sondaż, jako głos ludu żądający większej miłości dla pewnego podwórkowego burka. 

 

sobota, 29 listopada 2008

Droga Rebe

Przeczytałem wiadomość: francuski sąd uznał, że laleczki voodoo przedstawiające prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego mogą być dalej sprzedawane. Musi im jednak towarzyszyć informacja, że nakłuwanie ich narusza godność prezydenta. Szmaciana laleczka ozdobiona jest różnymi cytatami i słynnym "spadaj, głupku!". Chodzi o to, że Sarkozy w lutym tego roku, wzorując się na swoim kumplu Kaczyńskim, tymi właśnie słowami zwrócił się do mężczyzny, który nie chciał uścisnąć mu ręki przed wejściem na targi rolnicze. Mniej więcej w październiku pojawił się zestaw złożony z podobizny do nakłuwania, 12 szpilek i podręcznika z instrukcjami, jak wbijać szpilki, oraz złośliwą biografią prezydenta. Wkurwiony całą sytuacją Sarkozy skierował pozew do sądu domagając się absolutnego zakazu handlu czymś tym, bo niby to dla niego obraźliwe. Uzyskał co uzyskał.
Myślę, że niezłą zabawą by było, gdyby tak w Polsce wprowadzić na rynek szmacianą podobiznę-maszkarę z napisem „Spieprzaj dziadu". Zamiast szpilki do nakłuwania mógłby się w komplecie znaleźć jakiś wichajster do ukręcania łaba I widzę ministra Kamińskiego i te tłumy ekspertów kłócących się, czy lala owa ze szmat, przypomina prezydenta, czy może niekoniecznie i czy można to coś robić z jakiś byle jakich szmat, czy może z aksamitu, jedwabiu i zużytych podpasek. No, zabawnie by było. Już widzę ten sąd i słyszę ten rechot i werdykt, że co prawda laleczkę można sprzedawać, bo być może podobieństwo jest przypadkowe, ale już łba ukręcać nie należy. A wedle mnie należy! To tyle dzisiaj, ukłony dla mame.

piątek, 28 listopada 2008
Prezydent to rodzaj obywatela, którego nie można obrażać. Nie możesz powiedzieć o nim: ćwok, kretyn, głupek, baran, psychik, bo natychmiast dopadną cię długie łapki wymiaru sprawiedliwości. Staram się przestrzegać tej zasady, i nawet niechętnie słowo "prezydent" piszę jako "pRezydent", gdyż mam świadomość domniemanego przestępstwa, które pewnie popełniam. Poza tym nigdy nie wiadomo co tego pana pRezydenta obrazi i dotknie do żywego.
Dlaczego jednak (skoro ponoć żyjemy w kraju demokratycznym) tenże pan pRezydent, tak łatwo się obrażający, może bezkarnie obrażać innych? Fakt, ma do tego wrodzony wręcz talent, ale przecież nie może być to usprawiedliwieniem. Dlaczego do dociekliwego obywatela mówi „Spieprzaj dziadu", dlaczego nie chce rozmawiać z „małpą w czerwonym", dlaczego do oficera rzuca „won, gnoju", dlaczego o pewnej dziennikarce nazwanej wcześniej Stokrotką, w kuluarach wyraża się per „pizda"...? Taki język przystoi niewątpliwe mnie, natomiast nie przystaje do pana pRezydenta, ponoć profesora i ponoć światłego człowieka, choć ponoć też buca. I to mnie właśnie interesuje, dlaczego za „chuje Kaczyńskie" trafia się przed sąd, a za rzeczone „Spieprzaj dziadu" już nie. Ot, tak na marginesie poruszam ten temat, ku zastanowieniu na weekend, choć zdaje sobie doskonale sprawę, że macie inne, dużo ciekawsze zajęcia, niż analiza zachowań pewnego przypadkowo wyniesionego na urząd paranoika.
czwartek, 27 listopada 2008
Francuski prezydent Nicolas Sarkozy, niestety też zawzięty konus, chce, by w Unii Europejskiej piraci internetowi byli odcinani od sieci za ściąganie filmów, piosenek i gier. Prawo takie trzeba czym prędzej uchwalić a następnie wprowadzić we wszystkich państwach wspólnoty. Piractwo bez wątpienia jest czymś nagannym. Tyle, że walka z nim, to walka z wiatrakami. To tak jak z prostytucją. Mimo buńczucznych zapewnień pod publikę, że już lada moment dla zdrowia moralnego narodu zniknie problem prostytucji, ta ma się całkiem dobrze: była, jest i będzie. Nie sądzę więc aby pomysł francuskiego liliputa zdobył szczególny poklask, ani - tym bardziej - by był skuteczny. Bo dziś tak naprawdę nie ma skutecznego sposobu, aby odłączyć mnie od Internetu. Telekomunikacja odetnie mi neostradę? To kit im w ucho, znajdzie się kilka innych firm, które chętnie dadzą mi dostęp do sieci. One też nie będą chciały? Są kawiarenki, jest sieć bezprzewodowa w każdym dużym centrum handlowym, są inne sposoby aby mieć Internet mimo zakazu, wyroku, czy co tam jeszcze. Sposoby jak najbardziej nielegalne i pirackie, ale przecież jestem piratem.
Pozostał jeszcze pewien aspekt komiczny dyskusji o tym pomyśle i piractwie w ogóle. Otóż najgorętszymi zwolennikami zakazywania, blokowania, odcinania od sieci są państwo artyści. Niestety jacy artyści, takie dzieła. Ze strony tychże artystów głos zabrał nijaki Jacek Bromski. Jego zdaniem to wina piratów, że film, który mogłoby obejrzeć w kinach milion osób, ogląda zaledwie 200 tysi. No, muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem wyobraźni pana Jacka Bromskiego. Zakłada on bowiem, że w Polsce znajdzie się 800 tysięcy wariatów, którzy zechcą zaśmiecać sobie dysk komputera artystycznym i intelektualnym syfem zwanym „filmem polskim". Oczywiście z drugiej strony możliwy jest taki wariant, że ostatni film pana Bromskiego spiratowało z sieci 10 osób (dziwiłbym się temu, ale ludzie miewają czasami różne upodobania). Jeśli jednocześnie na pierwszym i ostatnim seansie kinowym, ów film zechciały obejrzeć trzy osoby, no to w rzeczy samej proporcje i straty są zatrważające. Panie Jacku radzę się jednak nie stresować. Może nie ma pan przez tych piratów na porannego papierosa, ale niechaj pan dostrzeże pozytywy tego procederu. Gdyby nie było piratów pana wybitny przecież film obejrzałyby zaledwie te trzy naiwne osoby, które zainwestowały w bilet. W sytuacji którą mamy zaś dzisiaj, miał pan aż 13 widzów. Jeśli nie widzi pan różnicy, to sądzę, że nic pan już nie widzi i nic nie rozumie. Nawet się nie dziwię.
środa, 26 listopada 2008
W Krakowie wyłuskali z grobu generała Sikorskiego. Ot, tak dla rozrywki. Z nudów i z braku lepszych zajęć śledczy z IPN postanowili ustalić, czy Sikorski rozbił się tak sam z siebie, czy może ktoś pomógł mu pożegnać z życiem. Generalnie chodzi o to, by ustalić ponad wszelką wątpliwość, że Sikorskiego zaciukali Ruskie, bo tylko taka opcja wchodzi w grę. Tezę taką z góry założył IPN i teraz postarają się ją udowodnić. Jak? Tego nikt nie wie. No, bo jeśli nawet wyjdzie, że generał zginął w zamachu, to jakim cudem ustali się, że to akurat zamachnęły się te wstrętne Ruski, a nie dajmy na to Angole, Chińczyki, ci od Hitlera albo któraś z kochanek?
A tak w ogóle to na kij jest to nam potrzebne? Kogo normalnego obchodzi dziś, to znaczy 26 listopada 2008 roku, czy i jak zginął Sikorski? A jeśli nawet zatłukli go Ruskie, to czy z tego powodu będziemy dumniejsi, mądrzejsi, lepsi? Będziemy lepiej spali, czy może obłożymy Rosję jakimś wydumanym embargiem na coś? Myślę sobie, że cała ta heca narodowo-martyrologiczna psu na budę się nie zda. Jak już chcą ci naprawiacze historii, prostować wszystko łącznie z bananami, to mogli tego trupa zostawić w spokoju. Wystarczyłoby, wystawić do telewizora jakiegoś dyżurnego eksperta z Kurtyką za plecami i niechaj ten ekspert powie autorytatywnie: tak, naszego wielkiego rodaka do nieba wysłał Stalin z koleżkami. Ustaliliśmy to ponad wszelką wątpliwość. Skąd to wiemy? Chuj wam do tego. Prawda jest taka, jaką ją przedstawiamy. Kto chce niech wierzy, a reszta na drzewo niedowiarki. Naród byłby zadowolony, a Sikorski spokojnie leżałby sobie w grobie.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7