tabloid online w stanie spoczynku
sobota, 30 grudnia 2006
Dusza kolejnego dyktatora wyruszyła w kosmos. Nie do końca z własnej woli, ale zszedł był z tego świata. Czy nikt z naszych zawodowych płaczków nie uroni łzy nad jego losem? Nie ma też już Franco, Pinocheta, Stroessnera... Coraz więcej sierot!
piątek, 29 grudnia 2006
Już nawet nie „pro", tylko na 100 procent „rządowa" gazeta „Rzeczpospolita" (kiedyś kawałek porządnego dziennika) podała, że UOP sfałszował lojalkę naszego ukochanego premiera Jarosława, w którym to dokumencie delikwent ów zobowiązywał się do przestrzegania przepisów stanu wojennego. Nikczemna manipulacja miała miejsce na początku lat 90-tych, czyli w III RP jak najbardziej. Wiemy więc już dlaczego książę Jarosław tak nie kocha owej Trzeciej Polski. Jako wierny poddany i tymczasowy obywatel RP 4½, bardzo się cieszę, że Pan nasz okazał się czysty i nie skalany wątpliwą przecież współpracą z aparatem przemocy RP 2½. Rozumiem też, że nie ma w związku z tym żadnych innych wiarygodnych dokumentów, by Jarosław Kaczyński współpracował kiedykolwiek i z kimkolwiek, w jakiejkolwiek sprawie. To normalne rzecz można, bowiem gość ten faktycznie nie jest w stanie z nikim współpracować. Zrozumiała to nawet ówczesna bezpieka. Ponoć - jak głosi plotka - do rozmowy z przyszłym premierem kierowano oficera wyznaczonego w drodze losowania. Biedak ów musiał się poświęcić i trwonić swój czas na bezsensowną, długą rozmowę z bezsensownym facetem, który nic nie wiedział i o niczym nie miał pojęcia i bynajmniej nie udawał. Był to akt największego poświęcenia ocierający się o masochizm, zwłaszcza, że w tym czasie kumple chleli wódę w kasynie obok i rechocząc podszczypywali kelnerki. O tym jak cennym źródłem był dla wrażych służb ludowych ów Mister Twister, świadczą trzy teczki które z rok temu upublicznił, a każda z nich grubości przeciętnej karty kredytowej. A przypominam, że między innymi w swoim mniemaniu, uchodzi i uważa się za czołową postać podziemia tamtych czasów i wszelkich czasów, w imię ojca i ducha świętego amen. Lider opozycji i trzy zdechłe teczuszki, śmieszne nie?
czwartek, 28 grudnia 2006
Kiedy wreszcie wiosną kupię ten dom w pewnym w miarę ciepłym kraju (wszystko na to wskazuje, zaliczka dana), to pierwszą rzeczą w którą zainwestuję (poza remontem - drobnym na szczęście), będzie mini-pomniczek Romusia Dmowskiego w ogrodzie na zapleczu. Miejscowy artysta-złota rączka, jest w stanie coś takiego spłodzić, jeśli tylko dostarczę mu zdjęcie delikwenta. Ba, zaproponował nawet, że można by połączyć duchowość z czymś bardziej użytecznym i tak zestawić to cudo pomnikowe, żeby dolna część była jednocześnie ogrodowym grilem. Pomysł niezły, choć pewnie otrze się o kicz, a tego mogę nie strawić. To już lepiej zamiast Dmowskiego wystawić standardowego krasnala. Może być nawet z tym grilem. Będzie tak samo brzydki jak i Dmowski, ale chociaż sąsiedzi dadzą mi spokój i nie będą w nieskończoność pytali cóż to za troll stoi między oliwkami. W każdym razie pomysł jest do przetrawienia, czyli przemyślenia. W obcym kraju, na własnym podwórku wolno mi stawiać co tylko mi się podoba bez jakiegokolwiek ryzyka, że dnia pewnego, jak zwykle słonecznego, wtargnie mi do domu jakiś quasi-rydzykowe komando, żądając zapłacenie rachunku za obrazę narodowej relikwii. W ogóle zazdroszczę tutejszym ludziom braku zmartwień innych, niż codzienna egzystencja. Dla nich problemem ocierającym się wręcz o duchowość nie jest kolejny pomnik narodowego guru, lecz rodzaj wina jaki podadzą do obiadu. Pomnik to nieistotna głupota, dobre wino na stole to sprawa honoru! A kiedy im łamanym nieco językiem tłumaczę, że jeden z ich pobratymców i polityków (na szczęście odwalił już kite), jest w Polsce dla kilku garstek mych rodaków wręcz narodowym bohaterem, to nie tylko pukają się w czoło, ale odchodzą obrażeni, uważając że z nich kpię i robię sobie jaja. W końcu to jednak zrozumieli i nadziwić się nie mogą, że w europejskiej w końcu Polsce taki „luj" (w wolnym tłumaczeniu tak to mniej więcej brzmi) może wzbudzać czyjeś ciepłe uczucia. I to wszystko razem bardzo mi się podoba, tym bardziej, że nie ma tam prezydenta, a premier też człowiek. Tak więc zdecydowałem, kasę zamiast w Polsce zainwestuje w domek pod słońcem, a czym prędzej to zrobię tym lepiej, nic mi nie skonfiskują. Ostatecznie dorobiłem się na siedemnastu latach transformacji, a to dla wielu jest to przestępstwo gorsze niż dajmy na to oblanie Dmowskiego czerwoną farbą.
[poniżej: mój nowy - wkrótce - widok z okna, gdzieś na obczyźnie]


środa, 27 grudnia 2006
Święta minęły w atmosferze zadumy, głównie nad losem nie zjedzonych szynek i marnującego się dobra wszelakiej maści. Czyli jak co roku. Ledwo jednak ocknęliśmy się z przymusowego letargu a już robi się wesoło i to dosłownie. Czytam sobie bowiem, że w gabinecie politycznym sex-wicepremiera Andrzeja Leppera pracuje... klaun. Gościu nazywa się Wiesław Podgórski i zajmuje stanowisko doradcy ds. kultury i dziedzictwa narodowego w Ministerstwie Rolnictwa. Gościu ten buduje nawet jakiś pomnik, zdaje się gdzieś koło Grunwaldu, ale kit z tym. Mamy tyle pomników, że kolejny nie zrobi żadnej różnicy (choć optymizmem napawa, że nie jest to kolejny pomnik Dmowskiego). Po fajrancie, Podgórski zmienia zgrzebny garnitur urzędnika rolniczego ministerstwa na nieco bardziej dostojny i gna do knajpy bawić obywateli RP4½ jako wodzirej i brzuchomówca. Zajebista sprawa! Klaun ów mówi o sobie, że jest „nieślubnym synem Luisa de Funesa i nieznanej matki Polki". Kolejny zawodowy idiota na państwowym urzędzie? Nie do końca. Bo idiotę musiał zatrudnić inny idiota. No i kto tu wreszcie jest tym klownem? Lepper czy Podgórski?
wtorek, 26 grudnia 2006
Prymas Glemp, jest cool gościem bez wątpienia. Już po wielokroć zaskakiwał mnie niebanalnymi myślami i nie inaczej jest w te święta. Podczas pasterkowego show dużo mówił o „mrokach świata". A te „mroki", poza takimi pierdołami jak wojny czy nałogi, to przede wszystkim teczki. Ale żeby było jasne: teczki rażą kolegę prymasa tylko dlatego, że boleśnie dotykają jego kumpli z klubu. To, że „teczkowi" obryzgują błotem także innych, niekoniecznie już urzędników Pana Boga, więc to w zasadzie nie ma znaczenia. To jest - jak się domyślam - proces jak najbardziej sprawiedliwy i czyszczący polski chlewik z gówien przeszłości. Biedny Glemp, i Wielgus jakże biedny niesłychanie. Biedni też ci naiwniacy z Gazety Jakiejś-Tam, którzy święcie wierzą, że czynią rzecz wielką i sprawiedliwą niesłychanie, wkręcając tegoż Wielgusa w post-esbeckie randki. Tylko czy oni to tak naprawdę, czy może tylko dla jaj? Polska lustracja bowiem, to nic innego jak dość efektywna i bezkarna metoda opluwania rywali i ludzi niewygodnych. Więc pytam: komu naraził się ten cały Wielgus i kto załatwił mu publikację „życiorysu" w tej szmacianej gazetce? I dlaczego poruszyło to światem purpuratów aż tak wielce, że Glemp na pasterce musiał o tym pod płaszczykiem ględzić? No ale skoro Bóg się narodził, to i może moc wkrótce struchleje. Zła moc skryta w mrokach świata.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7