tabloid online w stanie spoczynku
sobota, 30 kwietnia 2011

----- Sypnęło nam imprezami niebanalnego formatu. Wczoraj Kate i William w obecności tłumów i zacnych głów, wzięli ślub. Jutro w obecności tłumów, ale raczej bez wysypu zacnych głów, Watykan robi imprezę konkurencyjną, dużo bardziej jednak ponurą i zdecydowanie mniej rozrywkową. Nie wnikając jednak w szczegóły, zarówno tej młodej parze z Anglii i jak i Janowi Pawłowi życzymy wszystkiego dobrego na nowej drodze.

Jedyne co kolcem w gardle stoi, to fakt, iż w sposób sadzę zamierzony, spierdolono nam wesołe z założenia święto pierwszomajowe. Nawet za komuny było ono na swój sposób fajne, a pochody nie były takie straszne. No i te popołudniowe majówki, na których wspomnienie łza w oku się kręci. Teraz jednak majówka przegrała (pozornie przynajmniej) z beatyfikacją, a zamiast radości, w pakiecie dostaliśmy kościelny lament. Jakby nie mogli tej swojej beatyfikacji zrobić sobie dzień później... Mielibyśmy w jednym ciągu trzy poważne święta: święto ludzi pracy, święto beatyfikacji i wprowadzenia cen urzędowych na relikwie popapieskie, oraz święto konstytucji, która była wielka, ale do niczego się nie przydała. W gruncie rzeczy była klęską i dlatego jest świętem. Trzy dni wolne w jednym ciągu. Czy komuś by to przeszkadzało? 

piątek, 29 kwietnia 2011

----- Droga Rebe! Jak pewnie pamiętasz, a i ja doskonale pamiętam, na paru prezydentów w historii, zorganizowano już zamachy z pozytywnym zdecydowanie skutkiem. Wśród nich, znalazł się prezydent Lech Kaczyński, wedle tych i owych skrytobójczo ubity przez tamtych i owamtych. Żeby nie przywoływać zbyt egzotycznych nazwisk, pozwolę sobie zauważyć, że od prezydenta Lecha Kaczyńskiego, sławą i inteligencją niewiele odstaje (odstawał) prezydent John Kennedy. Też go zdradziecko ubito i też nie do końca wiadomo kto to zrobił i dlaczego, mimo upływu tylu lat. I też teorii na ten temat jest sporo, choć zdecydowanie mniej fantazyjnych. Tyle zbieżności, czas na różnice.

Otóż o ile mnie moja starcza pamięć nie myli, Kennedyego uwalił dwoma celnymi strzałami z karabinu jeden chłoptaś nazwiskiem Oswald. Nic więcej nie było potrzebne. Tymczasem na naszego Lecha, trzeba było kilku bomb próżniowych, kilka pociągów sztucznej mgły, lasery, impulsy elektromagnetyczne, oraz przynajmniej 100 tysięcy butli z helem. A na końcu, ponieważ nie wszytko zagrało jak trzeba, umyślny pluton egzekucyjny musiał dobić go zdradzieckim strzałem w plecy, tuż po twardym przyziemieniu. Strasznie się więc ktoś przy tym zamachu napracował, nakombinował i nawydziwiał, zapominając pewnie, że jakby się uprzeć to wystarczyłby taki jeden niczym ów Oswald, byleby kumaty i z karabinkiem w torbie. I ni chuja nie musiałby do tego Smoleńska lecieć. To tyle rozważań, ściskaj rodzinkę całą. 

czwartek, 28 kwietnia 2011

----- W czasie beatyfikacji Jana Pawła II zostanie wystawiona ampułka z jego krwią. Watykan donosi, że ampułka zostanie umieszczona w specjalnym relikwiarzu, przygotowanym przez Papieski Urząd Celebracji Liturgicznych. Najprawdopodobniej po zakończeniu show, ampułka wraz z relikwiarzem zostanie wystawiona na Allegro. Zapisy na licytację rozpoczynają się 2 maja.

środa, 27 kwietnia 2011

----- Mecenas Rogalski będzie składał wniosek o badania, które stwierdzą, czy aby w Smoleńsku nie został rozpylony hel. To – jego zdaniem - mogłoby wyjaśnić powstanie mgły, oraz szybkie opadanie Tupolewa. Niezależnie od odpowiedzi na te pytania, inne pytanie czeka na jeszcze pilniejszą odpowiedź. Co mianowicie bierze (ćpa), wącha lub łyka mecenas Rogalski. Pytam z czystej ciekawości, bo niezależnie co to jest, odlot po tym - jak widać - jest nieprawdopodobny.

----- Zwracam się z gorącym apelem do moich ukochanych rodaków, by nie robili wiochy. Ludzie, bracia, Polacy... co o nas świat pomyśli. Beatyfikacja już za rogiem, wręcz do drzwi naszych puka (i o świcie w nie załomoce), a tu topnieje w zastraszającym tempie liczba kibiców. Miało być tak pięknie. Do Rzymu 1 maja wybierało się wedle szacunków co najmniej pół miliona rodaków. I to ostrożnie licząc, bo nie brakowało optymistów mówiących o milionie. A tu nagle riki tiki trach; dupa blada, skucha, zawód, wstyd i rozczarowanie.

Oficjalnie już się mówi, że jak dotrze do tego Rzymu parędziesiąt tysięcy pielgrzymów, to i tak będzie spory sukces. Kilkanaście tysiecy - gdyby tak się zdarzyło - to już byłaby prawdziwa narodowa klęska. Odwoływane są wycieczki, inne wycieczki będą maksymalnie opóźniały wyjazd, byleby tylko jako tako skompletować załogantów. Da się to racjonalnie wytłumaczyć? Naród wytrzeźwiał, minął zapał? Czekając na odpowiedź, apaluję jednak: zbierzcie no, a chybcikiem, te wasze dupy w troki i biegim mi tu marsz do tego Rzymu. Jeszcze jest szansa uniknięcia komptomitacji. Bo inaczej się okaże, że ci z New York Timesa mają rację (choć i tak mają).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8