tabloid online w stanie spoczynku
sobota, 31 maja 2008
Dzisiejszy kongres SLD rozstrzygnie kto zostanie szefem. Olejniczak, czy może Napieralski. Rzeczywiście, wybór jest porażający, coś jak pomiędzy tornado a trzęsieniem ziemi. Jedno i drugie to kataklizm. Jeśli mam być szczery, to w dupie mam wszystkie te SLD, czy też inne dziwnie nazywające się frakcyjki. Istotne, by w Polsce silna była lewica, rozumiana jako zwarta formacja polityczna. Na tyle silna, by kontrolowała i kontrowała zazwyczaj głupie i antyliberalne pomysły prawicy. A rządy prawicy, to nic innego jak bycie w ogonie przemian cywilizacyjnych. To wstyd i beznadzieja. Nie uśmiecha mi się też sytuacja, w której jedyną liczącą się opozycją dla PO (a być może i alternatywą), będzie skrajnie socjalistyczne w pomysłach, populistyczne, zaściankowe, nacjonalistyczne i ultra-katolickie zarazem Prawo i Sprawiedliwość. Z niedoruchanym wodzem Jarosławem Kaczyńskim na czele.
piątek, 30 maja 2008
Pewien prominentny pan stanu wolnego i w sukience - wabi się Kazimierz Nycz - wymyślił sobie, iż dzień 1 czerwca będzie Dniem Dziękczynienia czyli świętem. „Chcę, aby 1 czerwca - mówi racjonalizator - był okazją do podziękowania za Konstytucję 3 maja, za pontyfikat Jana Pawła II, za odzyskaną wolność". Nie jest źle - myślę sobie - i brnę dalej w pomysły obywatela Kazimierza. „Mam dalekosiężne plany. Chciałbym, żeby Dzień Dziękczynienia został w przyszłości ogólnopolskim świętem. Żeby przy Centrum Opatrzności Bożej przy tej okazji gromadził się polski Kościół".
A więc jesteśmy w domu.
Polska to najbogatszy kraj na świecie, i jak nam się zachce i fantazję będziemy mieli taką, to będziemy se kurwa świętowali bez przerwy pół roku. Nawet z najbardziej badziewnego powodu, pod warunkiem jednak, że promotorem są kościelni. Gdyby zresztą nie kościelni, to nie byłoby telewizji. A tak, jak najbardziej apolityczna i neutralna światopoglądowo telewizja publiczna włączyła się w akcję promowania nietrzeźwych pomysłów Nycza. Będą spoty, będzie och i ach, przy akompaniamencie podwórkowo-piwnicznych szarpidrutów bez wdzięku i przyszłości. A to wszystko niby dla nas.
A nas, a zwłaszcza mnie i mnie podobnych, tyle to obchodzi co zeszłoroczny śnieg. Bo naprawdę mam nieco inne problemy i nieco inne obiekty do westchnień, niźli pokryta pajęczyną konstytucja, czy jeszcze w całości, a za chwilę w kawałkach, Jan Paweł w stopniu papieża. A od Centrum Opatrzności Bożej wolę jakiekolwiek Centrum Rozrywki i Rozpusty.
czwartek, 29 maja 2008
Chile i Peru właśnie popadły w poważny konflikt na tle... kartofli. Każde z tych państw przypisuje sobie, iż jest ojczyzną bulwiastych. Według badaczy, człowiek zaczął jeść ziemniaki 14 tysięcy lat temu w południowym Chile. A znaleziska z Peru są o wiele późniejsze. Niezależnie od tego jak zakończy się ów spór, my i tak wiemy swoje.
Ojczyzną kartofla bez wątpienia jest Polska. Nigdzie na świecie nie cieszy się on takim szacunkiem. U nas kult kartofla i miłość do niego jest tak wielka, że z Kartofla zrobiono nawet prezydenta. Wkrótce - jeśli wszystko pójdzie dobrze - odbędzie się koronacja. Kartofel zostanie królem. Więc co oni tam w tej Ameryce wiedzą o kartoflu?!

środa, 28 maja 2008
W Warszawie w najlepsze rośnie architektoniczny syf pod roboczą nazwą „Świątynia Opatrzności Bożej". Ta kiła finansowana jest bez żenady z moich i twoich pieniędzy czytelniku drogi. Tak, tak... Jako bezbożnik, ateista, agnostyk i co tam jeszcze chcecie (generalnie mega-sprzedawczyk), dokładam się (aczkolwiek z przymusu) do tego, że ten bunkier o wyglądzie i lekkości hipopotamiej kupy staje w sercu Warszawy. Straszy już Pałac Kultury, świątynia i dar towarzyszy z Moskwy, teraz straszyć też będzie Budowla Owa, kiła współczesnej architektury, świątynia i dar (ideowy) towarzyszy z Watykanu. Ot, taka symetria.
Tymczasem moherowa gawiedź żyje w permanentnym podnieceniu. Jak za dobrych czasów podpala się tym, ile to ton betonu zostanie wylanych, ile stali hartowanej zostanie zespawane, ile cegieł w ciągu dnia położą przodownicy pracy, Pstrowscy XXI wieku. Rządzą klimaty lat 50-tych. A kościółek i jego słudzy w stanie kawalerskim, tylko wyciągają łapki i skamlą: „daj, daj, daj pan, daj...", niczym rumuńska Cyganka na skrzyżowaniu, które widzę z okna. Żebraniny będzie co nie miara. Trzeba bowiem wkrótce zanabyć kopułę, która zakryje te ruiny. Potem to wszystko elegancko wykończyć. Innymi słowy owe 50 baniek które rząd obiecał, to maleńko coś się wydaje i jak raz zacznie się dalsze dojenie państwowej kasy. Liczę się więc z tym, że ukochane państwo polskie, jak mnie łupiło tak i dalej łupić mnie będzie podatkami. Bo może ich nie wystarczy na zupki dla głodnych dzieci, czy mieszkania dla najbiedniejszych, ale na pewno musi starczyć na wyjebiasty kościółek ze snów pijanego Glempa. Amen!
(I tak się ciągnie i nam się rozrasta przyjaźń narodu z księdzem, choć ksiądz to...).

wtorek, 27 maja 2008
Profesor Zybertowicz, dyżurny przydupas Kaczorów i znawca rzeczy nie poznanych, twierdzi, że po lekturze książki dwóch pajaców z IPNu nie ma żadnych wątpliwości co do przeszłości Wałęsy. Były prezydent był współpracownikiem SB!
Jeśli więc tak wielki autorytet tak twierdzi, jeśli profesor tej klasy ma takie przekonanie, to znaczy, że Wałęsa był nie tylko współpracownikiem bezpieki. Na pewno współpracował z GRU, z chłopakami z WSI urządzał grila, to on dilował trawką którą potem jarał Tusk, i najprawdopodobniej jego stryj wraz z dziadkiem Tuska służyli w Wermachcie. Żona Walęsy walczyła pod Lenino, a będąc młodą markietanką deprawowała oficerów politycznych. Nie wspomnę już o tym, że razem z Siwickim i Kiszczakiem Lech chodził do przedszkola i zakładał drużyny czerwonych zuchów. Wynika też z tego, że Lech jest znacznie starszy niż jest, co sprytnie ukrył przed wszystkimi, i tylko Zybertowicz się połapał, bo jest zajebiście zdolny i profesor jest. Wniosek z tego dla was jest taki, że w Polsce nawet chuj może zostać profesorem.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9