tabloid online w stanie spoczynku
poniedziałek, 31 maja 2010

Łagodny język, odejście od koncepcji IV RP, ograniczona obecność w mediach - to wszystko ma niby przekonać wyborców do kandydatury Jarosława Kaczyńskiego. Pytanie jednak, czy w ogóle kogokolwiek może to przekonać. Bo taki Jarosław Kaczyński jakiego widzimy, to dla twardego i spisiałego elektoratu żaden Jarosław, żaden kandydat. To lump, wykręcona szmata, muminek i bezpłciowiec. Sądzę więc, że taki rozmydlony Jaruś zostanie przez ten elektorat zignorowany. Bo ten elektorat, chce widzieć Kaczyńskiego chama, buca, narodowego oszołoma, niepoprawnego rewolucjonistę socjalistę, co to bogatym będzie zabierał (złodzieje) a biednym dawał, bo to jest właśnie sprawiedliwe i taka Polska jest sprawiedliwa.

Jeśli zaś „miękki Jaruś” ma być zwrotem w kierunku tych nie przekonanych, ma być ręką wyciągniętą po nowych wyborców, to też raczej zapowiada się klapa. Bo pokażcie mi rozgarniętego człowieka, mającego choć odrobinę oleju w głowie, będącego do tej pory w wyborczej kropce, który da się nabrać na takie tanie przedstawienia. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że to ściema i marny teatrzyk. Nie ma tu żadnego wywieszania "białej flagi", to tylko najzwyklejszy w świecie podstęp.

Po sondażach widać, że kończy się współczucie, zaczyna się życie. Ci którzy na początku chcieli gościa pogłaskać po główce, czujący litość do sieroty po bracie, teraz dojrzeli i doszli do wniosku, że chuj zawsze zostanie chujem, bez względu na okoliczności.  Więc co się ma utopić niechaj się topi, a co ma wisieć czym prędzej niechaj zawiśnie.

niedziela, 30 maja 2010

Bezczelność niektórych nie ma granic. Wyobraźcie sobie bowiem, że są kobiety, które piszą do papieża żądając zniesienie obowiązkowego celibatu! Rozumiecie tę niespotykaną zuchwałość i elementarny brak pokory! Tak bezceremonialnie stawać papieża pod ścianą, to nie tylko chamstwo, ale straszny, nienaprawialny grzech. Co to się porobiło na tym świecie.

A dlaczego kobiety chcą zniesienia celibatu? Bo od lat tworzą z księżmi rodziny, czyli żyją z sobą, mają dzieci i plany na przyszłość. Chcą by fikcja przestała być fikcją, by legalizując pewien stan rzeczy, mogły zabezpieczyć swą przyszłość. Logika nakazuje, zwłaszcza zaś wielkie zaangażowanie kościoła w obronę „wartości rodzinnych”, by żądania kobiet uwzględnić. Kościół nie może przecież z jednej strony popierać ze wszech sił rodzinę, a z drugiej niszczyć ją pod byle pretekstem. To absurd.

Tyle, że ów absurd jest istotą funkcjonowania kościoła. Wszystko tam opiera się tam na absurdzie i udawaniu. To lukier, smród kadzidła i mistyfikacja. Pamiętajcie, że prawie 50% księży nie ma poczucia służenia bogu. Swą „niby-posługę” uważają za zwykłą pracę, na sposób zarabiania pieniędzy na własne utrzymanie. Znaczny procent księży nie wierzy nawet w boga. Celibat traktują jednak – o dziwo – nie jako złe konieczne, ale sposób na wygodne i bezpieczne ułożenie sobie życia. Celibat zwalnia ich z podejmowania bardzo wielu życiowych decyzji, daje w wielu sytuacjach doskonałe alibi. Więc przeciwko jego zniesieniu będzie nie tylko watykańska elita, ale spora armia zwykłych kościelnych urzędasów w sutannach. Po co komplikować sobie nader wygodne życie? Żeby sobie pobzykać panienkę (często koleżkę), nie trzeba się z nią od razu żenić. Te zasadę zrozumieli nawet księża, będący nota bene podstawą klienteli wielu agencji towarzyskich. Osobiście znam nawet siostrę, która ma przystojnego „przyjaciela”, nauczyciela historii w liceum. Spotyka się z nim przynajmniej trzy razy w tygodniu, na pewno nie w celach korepetycyjnych. I co w tym złego zapytam?

sobota, 29 maja 2010

W mieście Świdnicy, radni PiS (bo któżby inny) protestują przeciwko wystawie sex shopu. Sklep z wystawionymi na publiczny widok wibratorami i takimi tam różnymi wymysłami znajduje się obok miejscowej katedry i w ten sposób obrażane są uczucia religijne i siane jest zgorszenie. Niestety, Świdnica to jest tak wielkie miasto, że praktycznie rzecz biorąc, wszystko znajduje się obok katedry. Problem jest więc poważny i złożony. Tym bardziej, że wokół tej katedry nieustannie kręcą się ludzie, zwłaszcza młodzież i starsi, a także siostrzyczki i trochę kleryków, a tu takie świństwa na wystawie.

Obawiam się jednak, że radni PiS nie wiedzą co czynią. Bo ten seks-shop przy katedrze ma się całkiem dobrze, a ma się dobrze tylko dlatego, że tłumnie zakupy czyni tam właśnie okoliczny stan duchowny płci obojga. Wibratory i sztuczne penisy idą niczym ciepłe bułeczki, a personel z wieloma zakonnicami i księżmi od dawna jest po imieniu. Czasami wpada tam jakiś „cywil” nie wykluczone, że na co dzień partner siostry Matyldy, lub konkubent księdza Roberta.

Nie rozumiem też do końca „zgorszenia” panów z PiSu (i ich podpowiadaczy). Bo skoro ich tak bardzo gorszy to co na co dzień noszą w majtach, jeśli przedmiotem ich wielkich rozterek moralnych jest pan Fiut i Pani Cipa, to nie wiem jak oni w ogóle funkcjonują. Lejąc każdego ranka w domowy kibel, straszne muszą przeżywać katusze i strasznie się sami deprawują będąc zmuszeni dotykać tego „czegoś”, a nawet od czasu do czasu na to spojrzeć. Czym prędzej powinni to sobie odciąć, lub zaszyć, a potem się wyspowiadać i od tej pory żyć będą w pokoju.

piątek, 28 maja 2010

Sprawy mają się tak źle, że aż fatalnie. „Prawdziwa Polska” (ta dla prawdziwych Polaków) przegrywa, każdego dnia cofa się o krok, topi się, rozpada… Hańba, chciało by się zakrzyknąć. Oto Gutek Film, czyli pan Gutek po prostu, wycofuje się z rozpowszechniania fabularnego debiutu („Nie opuszczaj mnie”) pani Ewy Stankiewicz. Tylko dlatego, że pani Stankiewicz popełniła parę tygodni temu dokument „Solidarni 2010”, czym nadwyrężyła swój autorytet twórcy obiektywnego. Czyli straszny cios i porażka na całej linii. (tak na marginesie: nie bardzo widzę tu związek, bo co ma piernik do wiatraka?).

Ale niestety to nie wszystko. Oto z publicznej, i ponoć odzyskanej telewizji publicznej, wypierdala się na zbity pysk, gwiazdę „niepodległego dziennikarstwa”, obywatela Tomasza Sakiewicza. Straszliwy cios i porażka na całej linii. Co tam jednak Sakiewicz… Oto betonowy słup milowy, wyznaczający granice niepodległego państwa pisowskiego, dyrektor Sobala, traci nagle fotel w Trójce. Wydawał się gościem który kulom się nie kłania, a tu myk-pyk, poległ prawie bezgłośnie. Ależ strata! Czyli straszny cios i porażka na całej linii.

Co tam jednak Sobala… Oto autorytet moralny (głównie dla własnego psa) kolega Wildstein, dostaje raz kopa w jaja, raz w dupę, a jego program buja się w ramówce niczym osika na wietrze. Nigdy nie wiadomo czy i o której godzinie za tydzień go się zobaczy. Czy to nie jest próba zdyskredytowania Rycerzy Niepodległej? Powtarzam: sprawy się mają źle, sprawy się mają fatalnie.

A popatrzcie jak ten Układ niszczy Janka Pośpieszalskiego. Jak go poniewiera, jak go obdziera z godności i robi z niego kompletnego wariata. Takiego wartościowego dziennikarza Polska Niepodległa długo nie będzie miała. A Układ i Sprzedawczyki bezwzględnie niszczą najlepszy patriotyczny element. Hańba, chciało by się zakrzyknąć! I co na to Naród, chciałbym zapytać? Otrzymuje cios za ciosem i siedzi cicho, niczym barany prowadzone na rzeź. Pamiętajcie obrońcy Najśmieszniejszej Rzeczpospolitej, oni nie cofną się przed niczym, dopóki nie zawłaszczą wszystkich sfer waszego życia. Już gotowa jest bomba z opóźnionym zapłonem. Ona już tyka. To te rewelacje o innych głosach w kokpicie TU-154. Jeden głos już zidentyfikowano (generał, przydupas Katyńskiego), drugi głos na razie jest tajemniczy. Na razie. Bo tuż przed wyborami ładunek zostanie zdetonowany i być może okaże się, że ostatnim z głosów, teraz rozpoznanym, jest głos prezydenta Lecha Katyńskiego, nakazujący ignorować wszelkie ostrzeżenia i lądować. Padnie ostatni autorytet, a potem już tylko ciemność, ciemność widzę.

czwartek, 27 maja 2010

Trwa kampania wyborcza Jarosława Kaczyńskiego, bardziej znanego jako brat Lecha Katyńskiego, który bohatersko poległ za Polskę w brzozowym lesie pod Smoleńskiem. Istotnym elementem owej kampanii są wiece, przebiegające zawsze wedle tego samego scenariusza. Do z pietyzmem przez sztabowców wybranej dziury, przyjeżdża wymalowany i wypudrowany kandydat Jarosław. Rozdaje uśmiechy, autografy,  ściska się z miejscowym sołtysem, oraz nadgryza bochenek podsuwanego mu na tę okoliczność chleba. Chlebek z reguły trzyma jakaś miejscowa piękność, co niestety jest raczej błędnym założeniem. Wiadomo bowiem, że kandydat za pięknościami nie przepada (proponował bym na tym skończyć już ten watek). Potem pan kandydat albo coś ględzi, albo luzacko przechadza się po łące machając łapką do miejscowego elektoratu. Zazwyczaj jest też tak, że otoczenie pana kandydata (w postaci różnych Bielnów, sztabowców i przydupasów), jest znacznie liczniejsze od miejscowego elektoratu. Ten zaś przychodzi na łąkę nie dlatego, że jest politycznie zaangażowany, lecz z czysto ludzkiej ciekawości. Jest im obojętne, czy to przyjechał cyrk, czy może inne przedstawienie. Ważne,  że coś się dzieje, może dadzą flaszkę albo kufel piwa gratis, no i małpy można zobaczyć wypuszczone luzem z klatki. Ostatecznie „Wolska jest najważniejsza”.

Zmobilizowany elektorat, wita chlebem, solą i badylkiem

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8