tabloid online w stanie spoczynku
wtorek, 30 czerwca 2009

Śmierć Michaela Jacksona poruszyła nawet taką bibułę jak „Nasz Dziennik”. Ogólna wymowa nawet dość obszernej notatki jest taka: Jackson był marnym artystą, zboczeńcem, szatanem w ludzkiej skórze i deprawatorem, dlatego dobrze że umarł. Ma to na co zasłużył, bóg go pokarał i pójdzie do piekła. Wedle nadwornego, słomianego autorytetu radio-kato-maryjnych, Piotra Jaroszyńskiego (ponoć profesora), Jackson był prominentnym przedstawicielem muzyki masowej. A „muzyka masowa od lat 50. XX wieku, zwłaszcza gdy chodzi o kraje zachodnie, w tym Amerykę, stała się pewnym przekaźnikiem treści demoralizujących i lewicowych, i to w sposób zdecydowany. Jeśli więc ktoś wbrew panującej modzie i wszechobecnej presji „środowisk lewicowych” nie słuchał Michaela Jacksona, może być pewny zbawienia i tego, że na bank trafi do nieba. A w niebie, wiadomo, nie takie Jacksony będą mu koncerty grały. Przy okazji dowiedzieliśmy się też jakie to muzyczne autorytety ma ów – pożal się boże – minister kultury Zdrojewski. Otóż są to: Rolling Stonesi, Madonna i David Bowie. To mega skandal.

Jasno widać po tej wypowiedzi – ocenia super-autorytet Jaroszyński - jacy "artyści" są dla niego wzorem. Ano ci, którzy są na bakier z religią, moralnością i tą głęboką, prawdziwą kulturą, o której pięknie pisał w "Liście do artystów" Ojciec Święty Jan Paweł II”.

Wszystko teraz jest już jasne, niczym z użyciem żarówki Osram. Za moment nie będzie w Polsce nawet kibla w którym nie zawiście zdjęcie Nieodżałowanego Autorytetu. Dzięki śmierci tego Jacksona, prawdziwi i patriotyczni Polacy dowiedzieli się o kolejnych pułapkach zastawionych na ich czyste sumienia przez zawodowych deprawatorów i zdrajców. Czekamy, aż na pal ktoś wbije tę sukę Madonnę, żeby w piekielnym ogniu cierpiała za niebotyczne grzechy których się dopuszcza. W imię ojca i syna i ducha… Tak nam dopomóż bóg! Andrzej Rosiewicz naszym idolem.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Mam takie przekonanie, że właściciel telewizji Polsat, w dobie kryzysu, czyli ogólnie ciężkich czasach, wyrzucił w błoto parę milionów złotych. Dał się wrobić po raz kolejny w finansowanie imprezy dumnie nazywanej festiwalem, w dumnym kiedyś amfiteatrze w Sopocie. Jednak czasy świetności dawno minęły, zarówno Opery Leśnej,  jak i polskiej piosenki. Może Top Trendy nie były aż tak mega-kaszaniarskie jak festiwal w Opolu, ale i tak tandeta, szmira i bylejakość wylewały się strumieniem ze wszystkich otworów. To co „znawcy” nazywają polską piosenką i polskimi piosenkarzami, to co najwyżej smętnie zawodząca zgraja panienek do rżnięcia (od lat i niezmiennie) oraz niespełnionych w żaden inny sposób panów bez przyszłości i zawodu. Nazywanie zbotoksowanego paszteta Górniak piosenkarką a nawet gwiazdą, czy podstarzałego i raczej bez talentu Olbrychskiego „młodym talentem” jest prymitywną kpiną z widza.  No, ale mamy wolność mediów, stąd każdy może pokazywać co chce (zwłaszcza jeśli ma pieniądze) a widz może oglądać co mu się podoba. Wolność zaś jest tym większa, im bardziej beznadziejne są oczekiwania widza.

niedziela, 28 czerwca 2009

Pan arcybiskup Juliusz Paetz, ten który 7 lat temu został wywalony z urzędu metropolity poznańskiego za bzykanie się z klerykami, nie wziął udziału w uroczystościach 50. rocznicy swoich święceń kapłańskich. Wedle jego następcy, nijakiego Gądeckiego, "ksiądz arcybiskup senior obchodzi swój jubileusz w ciszy w Ziemi Świętej". I w głowę przeto zachodzę, cóż takiego wielkiego się stało, że Paetz nagle wybrał ciszę świętej ziemi zlewając własny, ważny jubileusz? Więc sam sobie odpowiadam. Ani chybi gość znów się zakochał. Na romantyczną randkę z kochasiem wyjechał więc do Jerozolimy, by w cieniu oliwki, przez nikogo nie rozpoznany igraszkom się oddawać z klerykiem Antonim. W przyszłym roku planują ponoć ślub. Arcybiskupowi Paetzowi gratulujemy gustu, bo aktualny kleryk naprawdę jest urodziwy i aż szkoda, że nie będą mieli dzieci.

sobota, 27 czerwca 2009

Tydzień obfitował w posrane myśli. Bugaj, papież, Adamek, no i oczywiście liderzy, powszechnie znani i szanowani, którzy nie zawodzą i którym niemal codziennie mózg eksploduje niczym przepełnione szambo. Kobiety mają  pierwszeństwo przeto zaczynamy od Rokiciny. Żona byłego przyszłego premiera błysnęła myślą, która błyskać może tylko w jej łbie. Wedle niej,  wszystkie kobitki które niby są bezpłodne, ściemniają na całego,  czyli kłamią jak bure suki. „Bezpłodność to nie choroba – mówi Rokicina. Po prostu nie każda kobieta jest stworzona do tego, by mieć dzieci.  Nic na siłę. Bezpłodność wynika z jakiś problemów psychicznych.” Zaś te kobiety które chcą zostać matkami korzystając z metody in vitro, same sobie są winne,  bo wcześniej stosowały środki antykoncepcyjne lub dokonały aborcji.  Kiedyś Nelly była znana z tego,  iż jest żoną Rokity. Teraz role jednak się odwróciły i to ów Rokita (jeśli w ogóle ktoś go jeszcze kojarzy) znany jest z tego,  iż jest mężem Nelly. Niestety, skończonego tłumoka. I tylko ja się cały czas zastanawiam,  jak to trzeba się strasznie namęczyć i jakie trzeba mieć samozaparcie, żeby znaleźć takiego babona, w świecie pełnym jednak normalnych ludzi. No,  ale z drugiej strony bądźmy szczerzy: Jan Maryjan Rokita też coś taki dziwny jest.

Nie tylko Nelly błyszczała intelektem. Kroku dzielnie dotrzymywał jej niezawodny jak zwykle Tomasz Terlikowski. Ów katoinsekt zrównał homoseksualizm z zoofilią. Dla niego to to samo, nie widzi różnicy. Nie wnikając głębiej w posrane myśli Terlikowskiego, trzeba się jednak cieszyć  z ogólnego ich wydźwięku. Bo po pierwsze wedle tej teorii prawie wszystkie biskupy, arcybiskupy,  a i zwykłe księdze, czyli moralne autorytety Terlikowskiego, to permanentne zoofile. Zboczeńcy kwalifikujący się do leczenia. Po drugie: można wysnuć  wniosek, że żona Terlikowskiego też jest zoofilem, bowiem od dłuższego już czasu spółkuje z baranem. A przecież seks ze zwierzątkiem to właśnie zoofilia. Po trzecie wreszcie: należy wspierać Terlikowskiego ze wszech sił w jego wysiłkach urodzenia co tydzień jakiejś błyskotliwej myśli. Nic tak skutecznie nie zniechęca bowiem do kościoła,  jak takie teoryjki i święte myśli . Trzymamy bracie Tomaszu kciuki za to, by w twoim kapuścianym łbie nadal gniły kapuściane liście.

piątek, 26 czerwca 2009

Jest taki polski bokser Tomasz Adamek. Znający temat mówią że niezły, choć bez przesady. Biorąc pod uwagę ieposkromione polskie ambicje, to jest on raczej bardzo taki sobie. Jednak kierując się rozsądną oceną rzeczywistości i wszechobecną chujnią polską, to i tak cud, że mamy jakiegoś boksera. W każdym razie rzecz dotyczy tego, iż ów Adamek wyraził się był mianowicie, że dla niego ojciec Rydzyk to kozak, i że bardzo by go chciał poznać osobiście. Można powiedzieć, że każdy ma swoje marzenia na miarę swego wzrostu i potrzeb. Nie ulega jednak wątpliwości, iż aktywne uprawianie boksu ma zgubny wpływ na zdrowie człowieka. Po wielokroć zostało to udowodnione. I pal sześć krzywy nos, czy zdeformowane oblicze. Częste przyjmowanie ciosów na głowę powoduję także permanentny stan dyskomfortu dla mózgu pacjenta. Po wielokroć obijany, wstrząsany i katowany móżdżek reaguje na różne sposoby, w tym również kompletnym wyłączeniem się z pracy, lub wypluwaniem szczątków niezbornych myśli. To dowód na to, że w trosce już nie o zdrowie (bo o to za późno), ale o swoje życie, bokser Adamek czym prędzej winien iść na sportową rentę inwalidzką. Warzywo w tak młodym wieku? Skandal! Cóż ten sport robi z ludzi…

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7