tabloid online w stanie spoczynku
środa, 30 czerwca 2010

Wedle sondażu przeprowadzonego nie dawno w Nowej Zelandii, prostytutki cieszą się tam większym społecznym zaufaniem niż politycy. Jeszcze gorzej od polityków wypadają między innymi doradcy finansowi, dziennikarze, dyrektorzy, handlarze nieruchomościami, a także sprzedawcy samochodów. Myślę, że takie wyniki nie powinny być szczególnym zaskoczeniem.

Gdyby podobne badania realizowano w Polsce, i gdyby badań tych nie ocenzurowano, to panie wydymki, miałyby również spore szanse na sukces. W gruncie rzeczy nie ma w Polsce zawodu czy zajęcia, które przegrywałyby z politykiem. Jeśli zwyczajowo czasami mówi się, że „politycy to kurwy”, to zdaje się, że jest to w stosunku do polityków komplement na wyrost i absolutnie nie zasłużony. Słowo „kurwa” brzmi dumnie i nie ma sensu kalać go porównywaniem ze słowem „polityk”.

Kilka pań z mojej ulubionej agencji towarzyskiej w Warszawie (nota bene widuję tam od czasu do czasu pewnego biskupa, acz w kamuflażu), reprezentuje niezwykle wysoki poziom nie tylko usług, ale także wiedzy i inteligencji, których próżno by szukać nawet u topowych polityków. Nie tylko swawolenie z nimi jest przyjemnością, ale także rozmowa. Możesz się przy niej wygadać i ponarzekać na ciężki los, z gwarancją, że na pewno wszystko to co mówiłeś nie znajdzie się następnego dnia w jakimś obsranym tabloidzie. Rozumiem przeto i tego biskupa, że woli tę drogą raczej ale pewną agencję, niźli przemykanie się cichcem po bramach i chędożenie pyskatych nieletnich. Poza tym jakąż to konkurencją dla długonogiej i kształtnodupnej Renaty może być kurduplowaty kandydat na najwyższy urząd w państwie, czy inna Beata raczej klępa oraz krępa i aseksualna?

wtorek, 29 czerwca 2010

Gruchnęła właśnie wieść, że pan Marcinkiewicz na tyle skutecznie „puknął” panią Izabel, że szykuje nam się piąty kaziutek/kaziutka. Tak na marginesie: wielce ciekawym jest, czy to świadomie tak się stało, czy może mu się Fredzio spod kontroli niepostrzeżenie uwolnił? W każdym razie poruszamy się póki co w sferze plotek i domysłów, bo oficjalnego potwierdzenia iż Izabel zaciążyła nie ma. Zdjęcia ostatecznie nie wszystkiego dowodzą.

Istnieje też prawdopodobieństwo, że nie o ciążę tu chodzi, a jedynie Izabelce dupsko urosło i brzuch zaciążył przez dobrobyt i stabilizację. Niestety, tak to często bywa u partnerek polityków o odchyleniu wyraźnie prawicowo konserwatywnym. Roztyła się bidulka, i jeno patrzeć, jak katolicko ułożony pan Kazimierz, wyniucha w jakimś ciemnym zaułku kolejną zapatrzoną w niego blond niewydymkę.

Biorąc pod uwagę całkiem spory (a nawet rosnący) sentyment Polaków do czasów PRL, to dość prawdopodobnym wydaje się wariant, iż prezydentem zostanie… Komorowski. Gwarantuje to bowiem monowładzę: cała władza od premiera po prezydenta znajduje się w rękach jednej partii. Tym samym PO stała by się czymś w rodzaju PZPRu Polski postolidarnościowej. Szczerze mówiąc to nawet dość atrakcyjna perspektywa. Wreszcie na swój sposób wszystko byłoby znów poukładane i łatwe do przewidzenia. Skończyłyby się sztuczne swary i przytyki. Prezydent przestałby robić na złość rządowi a rząd prezydentowi. Zresztą Komorowski ma wiecej zadatków na Jabłońskiego, niż za przeproszeniem Kaczyński. PSL wróciłby do starej i sprawdzonej nazwy ZSL, bo nie czarujmy się, że z „tego” PSLu taki PSL jak z koziej dupy trąba. Przebierańcy i tyle. O wolne miejsce po SD mogłyby walczyć sobie wszystkie te partyjniackie resztki i zmiotki, funcjonujace gdzieś na obrzeżach pańskiego stołu. Tylko PiS mógłby zostać PiSem, starając się jednocześnie o w miarę szybkie objęcie wakującego miejsca po Froncie Jedności Narodu. Obradujący cyklicznie Zjazd PO, ustalałby przyjmowany jednogłośnie plan rozwoju kraju i poprawy życia mieszkańców na najbliższą pięciolatkę. Można by tu snuć dalej plany i mnożyć analogie, tyleż barwne co mało prawdobne. Co się bowiem stało to już się nie odstanie, ale w niczym nie zmienia to prawdopodobieństwa, że ów Komorowski wygra. Za sprawą tęsknoty do ułudnej politycznej stabilizacji PRLu.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Nie wiem kto wygrał a kto przegrał tzw. debatę, którą uraczyła nas telewizja. Oglądałem ja jednym okiem w przerwach meczu Argentyny z Meksykiem. Mimo, iż średnio toleruję piłkę nożną, w tym wypadku spektakl z RPA wydał mi się ciekawszy od spektaklu z Warszawy. Zdaje się, że był to dobry wybór. Bo tego typu debaty w ogóle do niczego nie są potrzebne. Przede wszystkim nie była to żadna debata, tylko cichsze bądź głośniejsze pojękiwania dwóch starszych panów. Na ogół panów tych doskonale znamy z ich codziennej aktywności, wiemy co robią, co myślą i jak wyglądają, oraz jak wyglądać (ani myśleć) nie będą.

Po jednej stronie stary zbuk (zbuk, nie zbok – proszę nie upraszczać i wulgaryzować), po drugiej wąsaty miś o aparycji gajowego. I ja niby, miałbym siedzieć w niedzielny wieczór przed telewizorem i pasjonować się ich podrygami? Przyznacie, że to bez sensu. Wychodzę z założenia, że każdy kto chce w następnych tygodniu iść na wybory, doskonale już wie na kogo zagłosuje. Wiedzą to także ci, którzy ponoć są niezdecydowani. Próba więc zorganizowania nam czasu przez publiczną telewizję, jest warta mniej więcej tyle co sama ta telewizja. Notowań telewizji oraz kandydatów, ani o jotę nie podniosła też jakaś wykopana z pryzmy kompostu „gwiazda”, czyli pani Lichocka vel Bichniewicz. Nawet Olejnik wypadła tak, jakby ze wszystkich sił chciała wykrzyczeć: chuj z wyborami, najważniejszy jest dobry chirurg plastyczny. Jedna Sakowska więc nie wystarczyła, by przyspawać mnie do ekranu na dłużej niż dwie minuty. I w ten sposób dochodzimy do banalnego wniosku, że najbliższy turniej wygrać mogą albo Komorowski, albo Kaczyński, albo też towarzysz grill w debacie z piwem.

niedziela, 27 czerwca 2010

Drodzy parafianie, pamiętajcie, że idąc dzisiaj do kościoła musicie się liczyć z koniecznością zaliczenia dodatkowej tury modłów. Oto bowiem wasza (a po części i moja) ulubiona gazeta „Nasz Nocnik” zaapelowała o wzmożoną i najlepiej codzienną modlitwę z powodu zagrożonego bytu ojczyzny naszej ukochanej, amen. Szczęśliwemu bytowi ojczyzny zagrażają wybory, zwłaszcza zaś jeden z kandydatów. Nie muszę wam chyba wyjaśniać kochani wierni, komu modląc się macie wysłać szatana a komu podesłać dobrotliwego aniołka. Musicie walczyć.

Żyjemy wszyscy w niezwykle zdradliwym systemie, gdzie do wyborów startuje paru kandydatów, w zdecydowanej większości raczej zdrajców i wrogów kościoła. Łezka się kręci w oku na wspomnienie czasów, kiedy to kandydat był jeden, zawsze ten właściwy, odpowiednio uzgodniony, na którego naród radośnie głosował. Szczególnie do tych czasów tęskni „Nasz Nocnik”, wiedząc jednak, że daremne to jednak żale, próżny trud i niespełnione marzenia. Pozostaje więc żarliwa modlitwa, o ospę, trąd, dyzenterię i zaawansowanego HIVa, którym bóg pokarać powinien konkurenta naszego ukochanego kandydata.

Niestety (lub na szczęście) ten cały pan bóg, to facet w baaardzo już zaawansowanym wieku. Po pierwsze nie słyszy, więc równie dobrze kochani parafianie modlić się możecie do księżyca, albo starej opony zawieszonej na ścianie. Efekt będzie ten sam. Ów pan jest też ślepy jak kret, ma zaawansowaną i nieuleczalną jaskrę, więc darujcie sobie pisanie. Listów waszych nie przeczytają również jego asystenci, bo zajęci są chędożeniem nieletnich aniołków. Taka ichnia moda. Gdzie im tam w głowie czytanie bazgrołów. Na dodatek, pan bóg ma też alzheimera, i to pewnie w ostatnim stadium o czym świadczą niektóre decyzje które podejmuje, nie wiadomo czy świadomie czy w odruchu. Generalnie więc modlić się możecie, bo to nikomu nie zaszkodzi, a wam pozwoli miło spędzić czas. Wiedzcie jednak, że zarówno tu na ziemi, jak i tam w niebiosach, was i wasze modlitwy wszyscy mają w dupie. Miłej niedzieli.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7