tabloid online w stanie spoczynku
sobota, 31 lipca 2010

Bilbord zawieszony vis a vis Wawelu i reklamujący mocno schłodzone piwo Lech, co niektórych mocno irytuje. „To niestosowne” - dowodzą. Tymczasem co tu niestosownego? Nie jest winą producenta, że piwo nazywa się Lech i że istniało już wtedy, kiedy „ów Lech”, srał jeszcze w pieluchy. Nie naszą jest też winą, że niektórym dupa tylko z jednym się kojarzy. A jakby piwo nazywało się Józef, to też nie wolno byłoby go reklamować, ze względu na innego lokatora Wawelu? Nie jednemu psu na imię burek, więc burki drogie pić nie musicie, tolerować zaś musicie.

Jak te od Lecha takie wrażliwe, to przede wszystkim mogli go zeskładować na cmentarzu. Tam reklam raczej się nie stawia. Jak tak dalej pójdzie to rycerze wszechobecnej poprawności, przez „względu na pamięć”, zażądają zmiany nazwy piwa, a także będą walczyć o zakaz używania nazwy drinka „Bloody Mary”, nie wspominając o daniu "pieczona kaczka". Na to zaś zgody być nie może, choćby dlatego, ze nie będzie nam banda oszołomów na łeb właziła. A tak w ogóle, na marginesie, nie ma co dyskutować; zimny Lech jest dużo lepszy od Lecha ciepłego, w każdym wymiarze, niezależnie od słusznych w tym wypadku skojarzeń.

Dziś coś bardziej tabloidowego, w sam raz na słoneczną sobotę. Otóż z równie słonecznych rejonów karaibskich nadchodzą wieści, że Wyclef Jean, były lider zespołu Fugees, muzyk znany i ceniony, a przy okazji także działacz humanitarny, rozważa swój start w wyborach prezydenckich na Haiti. Wybory rozpisano na 28 listopada i Wyclef wcale nie jest bez szans.

Gość urodził się na Haiti, ale jeszcze jako dzieciak wyemigrował z rodzicami do Stanów. W latach 90-tych wraz z Lauryn Hill oraz panem o ksywce Pras Michel założyli zespół Fugees. Największym sukcesem grupy był drugi album zatytułowany „The Score”. Wkrótce potem członkowie grupy zaczeli chadzać własnymi, solowymi ścieżkami i choć zespół formalnie istnieje to tak jakby nie istniał (przynajmniej na tyle, na ile się orientuję).

Jeśli Wyclef Jean wystartowałby w wyborach prezydenckich, to jego ewentualne zwycięstwo oznaczałoby spokojne rządy i poprawę politycznego klimatu na Haiti. Jedna z kanadyjskich gazet zwróciła nawet uwagę, że Wyclef Jean ma obywatelstwo Haiti i wielki majątek, a więc mała jest szansa że będzie okradał swoich rodaków. Do niedawna myśmy mieli prezydenta, który nie dość że nie był znanym muzykiem, to jeszcze nie miał za grosz charyzmy a także majątku i doszczętnie okradł nas ze złudzeń.

piątek, 30 lipca 2010

Napiszę wprost i bez niepotrzebnego owijania w bawełnę. Jestem gorącym zwolennikiem społecznej inicjatywy, by na pokład jedynej naszej już „tutki” z numerem bodaj 102 (wraca w sierpniu z remontu), zapakować i wysłać na wycieczkę ocalały „kwiat narodu”. Listę pasażerów skompletujmy w ten sposób, by nie pominąć nikogo, kogo zasługi dla rozwoju Najśmieszniejszej Rzeczpospolitej są bezdyskusyjne. Przedstawię pierwszą piątkę obowiązkowych pasażerów, choć wiem, że jestem wyjątkowo w tym względzie mało oryginalny. No bo cóż to za wyczyn wytypować do wylotu panów Kaczyńskiego, Macierewicza, Ziobro, Brudzińskiego i Kurskiego? Każdy z was zapytany o to kogo wysłać w retrospektywny lot pod Smoleńsk, bez najmniejszego wahania wskaże właśnie tę piątkę pasażerów. Z niecierpliwością czekam, na uzupełnienie składu delagacji do prznajmniej 25 osób, tak by lot się opłacał. Kandydatury proszę przysyłać do nie mailem, obiecuje że opublikuję kompletną listę tak szybko jak będzie to możliwe. Proszę jednoczesnie nie zapominać o zarezerwowaniu kilku miejsc dla delegatów „obrońców krzyża” sprzed Pałacu. Im się też coś od opaczności należy.

Absurdalność tego pomysłu bierze się z absurdalności rzeczywistości która nas otacza. Taka jest brutalna prawda, że z dnia na dzień rośnie u nas rozżalenie (graniczące z zawodem), że parę osób nie uszczęśliwiło nas tak jak uszczęśliwić mogło. Że teraz są wyraźnie rozżaleni, iż nie wsiedli wtedy do tego aeroplanu i frustrację tę swoją wylewają na nas wiadrami pełnymi pomyj. Apeluję więc o umożliwienie im, by błędy swe naprawili. Podstawmy im ten samolot. Jakaś mgła zawsze się znajdzie.

czwartek, 29 lipca 2010

Już za kilka dni do Watykanu zjadą 53 tysiące ministrantów z całej Europy. Nie bardzo wiadomo po co, bo jedyne co ujawniono to hasło spotkania z Papieżem. Brzmi ono: „Pijmy wodę ze źródła Prawdy”. Niestety jak na razie nikt nie jest w stanie wyjaśnić o jaką wodę chodzi i gdzie jest to mityczne „źródło prawdy”. Być może chodzi tu o jakiś duży rzymski supermarket. Plotka głosi, że na spotkanie stawi się też nieliczna grupka ministrantów z Polski, pod światłym przewodnictwem doświadczonego w pasaniu takich owieczek pasterza arcybiskupa Juliusza Poetza. To jest jakiś trop.

Cały ten zlot to po prostu warsztaty, w trakcie których młodych zazwyczaj ludzi (i jakże w związku z tym atrakcyjnych), gruntownie przeszkoli się w czynieniu posługi, na jeszcze wyższym i bardziej zaangażowanym poziomie. Po raz wtóry i kolejny wyraźnie zaakcentowane zostanie, że księdzu dobrodziejowi nie odmawia się pod żadny pozorem. A odmowa biskupowi równa się przyśpieszonej ekskomunice. Podczas zapowiadanago na 4 sierpnia spotkania z papieżem Benedyktem padną też jakże ważne, wypowiedziane przez niego słowa: „Oddajcie bogu i jego sługom to co macie najlepszego, nie pytajcie o zapłatę”. Nastepnego dnia ministranci rozjadą się więc do swoich domów i parafii, by oddawać to co mają najlepsze, a księża nie czuli się samotnie i byli zadowoleni. Jam sługa boży, amen.

środa, 28 lipca 2010

Jarosław Kaczyński błysnął dziś kolejną niestandardową myślą. Tuż przed spotkaniem ze śledczymi zajmującymi się katastrofą powiedział, że „w przeciętnym kraju demokratycznym po czymś takim rządu już by nie było, zostałby zniesiony z powierzchni ziemi.” Otóż wydaje mi się, że w takim „przeciętnym kraju”, gdzie obowiązują jakiekolwiek standardy demokratyczne, a ludzie grzeszą jaką taką wyobraźnią, prezydenta który wpadłby na pomysł upchania w jednym zardzewiałym samolocie delegacji złożonej z takich ludzi, natychmiast by odesłano do lecznicy rządowej na daleko idące badania psychiatryczne. Siedziałby tam pod strażą do końca dni swoich. Pomijam fakt, że „w przeciętnym demokratycznym kraju” takie „coś”, cudak taki, nigdy nie byłby prezydentem. I to jest panie Kaczyński ta drobna, acz zasadnicza różnica pomiędzy Polską, a tym „demokratycznym krajem”.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9