tabloid online w stanie spoczynku
czwartek, 30 września 2010

Z radością pewną przeczytałem informację, iż polski generał Mieczysław Bieniek objął prestiżowe ponoć stanowisko Zastępcy Dowódcy Strategicznego NATO ds. Transformacji w dowództwie sojuszu w Norfolk w amerykańskim stanie Wirginia. Miłe to również dlatego, że dotąd polscy oficerowie załapywali się co najwyżej na funkcję ordynansów. A to, przyznajmy, nie było spełnieniem naszych marzeń. Stanowisko objęte teraz przez pana generała nie jest może szczególnie ważne, ale na tyle prestiżowe, że warto się o nie było bić. Daje niezłą kasę, no i po salonach można się nieco powałęsać, korzystając z tego, że pracy to za dużo nie będzie. Innymi słowy idealne stanowisko dla konesera: dobrych win, dam w tiulach, cygar, whisky z historią i niebanalną ceną, galowych mundurów, akselbantów i pióropuszy oraz podkutych, ale w dobrym gatunku butów. General Bieniek, swój chłop i na swój sposób przaśny, dobrze spędzi najbliższe miesiące, w nagrodę za ciężką służbę dla najjaśniejszej.

Natomiast jedna rzecz martwi mnie niesłychanie. Dlaczego w tych sojuszach i innych bratnich armiach, nikt nie upomniał się jeszcze o polskiego kapelana. Choćby taki jeden Bieniek w sutannie, zatrudniony na prestiżowym stanowisku, bardzo podniósł by nasze morale i samopoczucie by poprawił. A towaru tego mamy po dach magazynu. Wszystko wypasione chłopy, strzeliste jak dąb a nie jakieś konusy (przepraszamy panie generale, ale tak wyszło), wykształcone, wymuskane, zaprawione w bojach wszelakich, jak trzeba to obciągną flaszkę lub cokolwiek obciągną. I nikt jakoś nie wpadł na to, żeby im coś zorganizować. Wygląda to na celową dyskryminację, podpadającą pod obrazę uczyć religijnych.

środa, 29 września 2010

Rzeszów, stolica kato i pisolubnego regionu, pokazał jednak pazur i udowodnił, że nie wszytko jeszcze w jego przypadku stracone. Zadupie zadupiem, ale miasto na tle tego mega zadupia, to jednak niewielka zielona wyspa. Pod presją mieszkańców, rzeszowscy radni wycofali się bowiem z pomysłu, by zarekwirować szkole boisko, a następnie postawić tam kaplicę. Jak wiadomo kościół i kaplica to towar w Polsce wielce deficytowy, nigdy ich za dużo, a każdy nowy taki obiekt to splendor dla mieszkańców i łaska pańska w jednym. Boisko zaś, to siedlisko zła, to tabuny małolatów kopiących bez sensu gałę, jarających szlugi (albo jeszcze gorzej), to bezideowość i programowa obojętność wobec wiary, tego największego dobra jaki w spadku pozostawili nam bohaterscy przodkowie.

Sprzeciw, i to bardzo zdecydowany sprzeciw mieszkańców, spowodował, że śmiałe plany ponownej chrystianizacji młodego rzeszowskiego pokolenia, legły w gruzach. Oznacza to też, że ludzie zaczynają myśleć i zachowywać się racjonalnie, że zaczynają sprzeciwiać się woli księdza dobrodzieje i chodzących na jego pasku urzędoli, że coraz częściej pokazują im ich właściwe miejsce. Radnych PiS ogarnął straszny smutek, a nawet totalne wkurwienie. Najzagorzalsi katolubni m. in. Czesław Chlebek, Józefa Winiarska, Mirosław Kwaśniak i Stanisław Ząbek, nie kryją oburzenia i być może nawet popełnią samobójstwo z rozpaczy. Czego może nie tyle im życzymy, co z błędu wyprowadzać nie zamierzamy. Powodzenia i z bogiem.

wtorek, 28 września 2010

Ach, ten Richard Czarnecki… Optymista pełną twarzą. Wedle niego PiS się nie rozpada, PiS rośnie w siłę, a członkom żyje się dostatniej. No jak można mówić, że PiS dołuje i ledwo dycha, skoro właśnie radośnie i w podskokach wstąpili doń samobójcy z Polski Plus? Jak można twierdzić, że prezes (to ten na zdjęciu, w kaftanie) jest wariatem i kompletnym schizolem, skoro gołym okiem widać, iż nigdy wcześniej nie był w tak doskonałej formie jak obecnie? On, ten Richard, ma nasrane w głowie tak programowo, czy może tylko soft chwilowo mu się zawiesił? A swoją drogą, jak ocenić stan oprogramowania na dyskach tych geniuszy z Polski Plus? To klasyczny Plus Ujemny. Polaczek, Ujazdowski, Selin… matko boska, jakimż frustratem trzeba być, by popełnić tak widowiskowe i całkowicie bezsensowne samobójstwo łącząc się z trupem PiSu. Polityczna nekrofila w najczystszej postaci.

poniedziałek, 27 września 2010

W wywiadzie dla „ŁRzeczpospolitej” tak zwany lider opozycji, czyli pacjent Jarosław Kaczyński powiedział kilka okolicznościowych dowcipów, zapewniając nam niezłą rozrywkę na cały weekend. Szkoda jednak czasu na opisywanie szczegółów, kto ciekaw niechaj weźmie do ręki gazetę, nie zapominając potem o dokładnym umyciu rąk. Natomiast celem podtrzymania tematu, wspomnę o dwóch śmiesznostkach, tudzież sygnałach braku dystansu prezesa do samego siebie i rzeczywistości.

Pacjent Kaczyński (chwilowo na przepustce) określił siebie jako „brata i szwagra dwojga poległych”. Co prawda z ludźmi którzy cierpią na określone schorzenia nie powinno się dyskutować (zalecenie lekarza), nie mniej chciałbym zapytać prezeska, a gdzież to i kiedy poległ Lech wespół z małżonka Maryją? W jakiej bitwie biedaki polegli? Bo albo przegapiłem jakąś wojnę, albo pan Jarosław przegapił swego czasu kilka lekcji w szkole, albo też jego stan jest dużo gorszy niż powszechnie się sądzi. Bo mimo należnego każdej ofierze nieszczęśliwego wypadku szacunku, tu akurat gorąco protestuję. Lesio i Maryś nie polegli, jedno zginęli, tak jak dziesiątki osób ginie choćby na drogach każdego weekendu. Z głupoty własnej zazwyczaj. Dalej nie będę już tego ciągnął, bo wiemy przecież od mniej więcej czterech miesięcy, że cała ta wyprawa pod Smoleńsk faktycznie skończyła się zamachem, ale na zdrowym rozsądku. No chyba iż uznamy, że była to bitwa prezydenta z własnym rozumem. W tej sytuacji rzeczywiście pan Lech poległ. Skrót ryzykowny, ale częściowo dopuszczalny.

Prezes Jarosław, rzecze jeszcze w tym wywiadzie (odnosząc się do działań rządu), iż „ma poczucie że dostał w pysk”. Hmm… No cóż panie prezesie, nie przesadzałbym z tego typu deklaracjami. W pysk to pan może dopiero dostać, i poczuć jak to boli, czego rzecz jasna za skarby świata nie życzę. Przykre to generalnie odczucie, choć śmiem twierdzić jak tak pana sobie obserwuję, to wszystko przed panem jednak, i nijak pan się nie uchronisz pewnie, przed zasłużonym trzepaniem japy w okolicznościach do tego sprzyjających. A teraz życzę spokoju i wyciszenia, i pamiętać proszę bezwzględnie, że zielone tabletki bierzemy rano i na czczo, zaś różowe zawsze wieczorem, na pół godziny przed snem.

niedziela, 26 września 2010

Dzięki przeróżnym strażnikom katolickiej tradycji (mniej lub bardziej poważnych), dostaliśmy oto w prezencie od (równie niepoważnego) sejmu, wolny dzień na początek roku. 6 stycznia uroczyście będziemy bimbać, udając, że z przejęciem i godnością świętujemy trzech króli. Wedlel przynajmniej niektórych posłów, istnieje bardzo duża grupa Polaków, która „domagała, się od nas parlamentarzystów, umożliwienia spokojnego świętowania objawienia pańskiego”. No, to dostali oni teraz w prezencie wolny dzionek, od szczodrobliwych nierobów z Wiejskiej. Jest git!

Jeden z prowodyrów tej świętojebliwej hucpy, eks prezydent Łodzi Kropiwnicki, powiedział nawet, że ten ponad milion podpisów z hakiem, które on dzielny osobiście w tramwajarskiej czapce przytargał do sejmu, ten wyraz „woli narodu”, który od lat pragnie świętować to święto. Więc szanowny panie Kropiwnicki i wy – przepraszam za brzydkie słowo – parlamentarzyści: wiedzcie, że w zdecydowanej większości, ludzie nie chcą święta trzech króli, tylko najzwyklejszego w świecie, dnia wolnego od pracy. I kompletnie im lata koło pióra i zwisa kalafiorem, czy ten Dzień Wolny (piszę z dużej litery, bo to prawdziwa nazwa święta), nazywa się świętem trzech króli, czterech nałożnic, czy może świętem cudownego uwiązania siedmiu osiołków do żłóbka w Betlejem.

Mnie też ten dzień trzech monarchów koło Wacka lata, acz Dniem Wolnym nie pogardzę. I jeśli dobrze liczę, to najbliższy stycznia dzień szósty, wypada w czwartek, a jak w piątek „zachoruję” to będę miał 4 dni wolne, i to się liczy i tego się trzymajmy. I jak najwięcej świąt wprowadzajmy, bo co jak co, ale właśnie świętowanie Polakom wychodzi najlepiej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8