tabloid online w stanie spoczynku
środa, 31 października 2007
Nastał czas obserwacji zjawisk paranormalnych. Jedno z takich zjawisk nazywa się Zybertowicz i ponoć jest profesorem, choć nie znam nikogo, kto by widział jakiś papier na ten temat. Być może on jest takim samym profesorem, jak Jarek przywódcą narodu, czy też osobowością ponadprzeciętną. Tak, tak... Pan Zybertowicz bowiem (nie będę używał słowa „profesor", bo mną trzącha jednak), wyrokuje, iż „premier intelektualnie wyrasta ponad otoczenie", oraz „wokół każdej władzy, zwłaszcza zogniskowanej wokół postaci o silnym autorytecie, wytwarzają się zjawiska paradoksalne". No cóż, na takich teoriach i takich profesorach to my przyszłości nie zbudujemy! Łatwo być autorytetem wśród mentalnych kurduplów i służalczych lizusów i to akurat nie jest paradoks. W tym sensie też, pan premier być może rzeczywiście intelektualnie wyrasta ponad przeciętność. Ale w ten sposób to prawie każdy z nas wyrasta ponad intelektualną przeciętność, a mając wokół siebie (czego wam nie życzę) takich tuzów pomyślunku jak Brudziński, Gosiewski, Giżyński czy Kuchciński, automatycznie rośnie wasze IQ i dobre samopoczucie. Podsumowując więc tezę pana Zybertowicza z toksycznego miasta Torunia, każdy wart jest mniej więcej tyle, ile warte jest jego otoczenie. Jednym słowem: mały, tłusty, głupi jak głąb kapusty.

Hasło na mury: > Toruń przeprasza za Rydzyka, Toruń przeprasza za Zybertowicza... Wybaczcie Nam! <

wtorek, 30 października 2007
Czeskie "Lidove Noviny" piszą, że nasz / wasz* (* niepotrzebne skreślić) prezydent Lech Aleksander ksywka Kaczyński „zaginął” mniej więcej tydzień temu. Stało się tak, „ponieważ Prawo i Sprawiedliwość jego brata Jarosława przegrało wybory tak, że nie będzie miało wystarczającej liczby głosów, aby umożliwić Lechowi blokowanie za pomocą weta ustaw popartych przez nową władzę". Wychodzi na to, że tajemnicze zaginięcie pana prezydenta stało się sprawą międzynarodową, nie zaś tylko tajemnicą polskiej alkowy. Mnożą się pytania, domysły, spekulacje, manipulacje członkiem pod płaszczykiem. Nikt nie wie gdzie jest prezydent, a co ciekawe, obchodzi to wszystkich poza nami. Bo my to mamy w dupie. Jak zaginął, to i się odnajdzie. Wcześniej czy później. Albo wypłynie, albo go wyłowią. A tak naprawdę to pewnie siedzi w Juracie i chleje na umór. I to go łączy z innym Aleksandrem. Tyle, że tamten upijał się na wesoło, a ten na smutno. Tamten brylował w towarzystwie, a ten zaległ w komórce. I powiedzcie kogo naród bardziej lubi?
Hiszpanię, kraj który podziwiam i który lubię o wiele bardziej niż Polskę, ni stąd ni zowąd podzielił konflikt do tej pory solidarnie skrywany, niczym para pod pokrywką. Wszystko za sprawą papieża. Bo ten Niemiecki Plastuś, beatyfikował, czyli uczynił świętymi wiernych faszystom z okresu wojny domowej. Na tak zwane ołtarze wyniesiono blisko pół tysiąca księżulków, zakonnic i zakonników, którzy zginęli podczas wojny domowej, z rąk sił walczących w obronie legalnego rządu Republiki. Tym samym gość nieustannie „postrafiający Polakuff", wtrącił się w wewnętrzne sprawy Hiszpanów, mimo, że nikt go o to nie prosił. Być może miał to być „odpór" dany Zapatero, który chce ustawowo otworzyć drogę do rehabilitacji ofiar faszyzmu frankistowskiego, w dużej mierze tak samo „świętych", jak „święci" Benka. Ustawa, jeśli powstanie, pozwoli również dochodzić odszkodowań za represje faszystów, trwające nieustannie aż do roku 1975. Świętojebliwy gest Watykanu, chcąc nie chcąc więc, rozdrapał stare, ledwo zabliźnione rany, czego skrzętnie unikano przez ostatnie lata, by nie budzić demonów i dać szansę krajowi na pojednanie. Bo dyskusyjnej ustawy jeszcze nie ma, a wielce dyskusyjna beatyfikacja już jest. Mój sąsiad, jak każdy Hiszpan z prowincji pobożny, ale nie „moherowy", mówi, że nie ma zamiaru modlić się do świętych, którzy współpracowali z mordercami, a może sami mordercami byli. Jego prawo i jego wybór, choć z pewnego punktu widzenia zazdroszczę mu problemów. Chciałbym mieć tylko takie w kraju mojego pochodzenia. Mój zacny sąsiad irytuje się też (a poziom irytacji wrasta wraz z ilością butelek wypitego wina), że pies z kulawą nogą nie upomni się o sprawiedliwy osąd tych księży i funkcjonariuszy kościoła, którzy co prawda nie mieli szczęścia zginąć w obronie wiary i faszystowskiej ojczyzny, ale mieli okazję wspierać reżim przez długie lata. Którzy byli podporą tego reżimu, którzy bez mrugnięcia oka denuncjowali ludzi, niszcząc ich życia, ich rodziny.
Nie twierdzę, że Republikanie byli świętoszkami (obie strony były diabła warte), ale upatrywanie świętych i pokrzywdzonych tylko po jednej stronie to absurd, zrozumiały jednak jeśli choć trochę rozumie się kościół. Oni zawsze byli worem przyzwoitości i tylko czystych intencji. Bo tylko czyści do cna ludzie mogli wymyślić Inkwizycję i popierać generała Franco.
poniedziałek, 29 października 2007
Mają rację satyrycy pytając z kogo teraz będą się śmiać. Sejm pod tym względem nam zubożał, a rząd... tego jeszcze nikt nie wie, choć rokowania są skromne. Zawsze jest co prawda szansa, że PSL wystawi jakiegoś pajaca, ale gdzie mu tam będzie do takiego na przykład skarbu jak Jurgiel? PiS dał nam szanse, wprowadzając do parlamentu silną drużynę, i o raczej ustalonym składzie. W gruncie rzeczy odnalazły się wszystkie dyżurne głupki, począwszy od Gosia na Dornie skończywszy, z różnymi odcieniami piramidalnych paranoików po środku. Niehonorowo zaś zachowali się ci z Samoobrony i LPR. Nie potrafili przekonać publiki, że są śmieszniejsi niż małpy w zoo, stąd publika ich wyklaskała i zakazała wstępu na scenę. Szkoda! Nie widzieć wygolonej twarzo-dupy Wierzejskiego to bolesna strata. Ryjek Orzechowskiego, ta kosmata mordka zatrzymanego wpół produktu Pana Boga, będzie mi się śnić po nocach, nie z powodu strachu. tylko bolesnej nieobecności. Co pocznę (i co oni poczną) bez Bosaka, Strąka, Giertycha, tudzież paru innych Głupich Jasiów? Jakim smutnym będzie życie bez Świnki Piggy parlamentu, posłanki Beger Renaty. Albo tej z Pomorza... wyondulowanej posłanki Hójarskiej, co to nigdy nie wiedziałem, gdzie kończy się kobieta a zaczyna sterany życiem transwestyta. Zatęsknię też niechybnie za tym wąsatym konusikiem Filipkiem, zaś memu sąsiadowi nie stanie po pijaku na widok posłanki Sandry. No i druh Zawisza gdzieś mi się kurwa mać zapodział, bo nikt przecież kolegi druha nie przebije w precyzji wypowiedzi i sile argumentów, no chyba że poseł Cymański, ale on nigdy nie był druhem zwłaszcza sępem, sokołem i jastrzębiem. Jednym słowem chujnia niesłychana. Oby do następnych wyborów.
niedziela, 28 października 2007
W klubie Wielkich Ciulów witamy pana ministra Michała Kamińskiego, tego od prezydenta, nota bene wodza wszelkich Ciulów. Ludności z krótką pamięcią przypominam, iż Kamiński to gościu, który ponoć wymyślił słynną reklamówkę „Mordo ty moja". Skojarzenie z mordą nasunęło mu się rano kiedy patrzył w lustro. Zobaczył mordę, no i ją potem opisał. Morda jednak nie zadziałała, bowiem wybory pokazały kto jest mordą, a kto najzwyczajniej w świecie dostał w mordę. Nie ma co kryć, w ryj dostały Kaczorowate, i to z trzaskiem, a gil do dzisiaj wisi im u nosa. Mogą się więc jedynie oblizać, choć na pewno nie zasmakują władzy, jeno własnych smarków. Miś Kamiński „nie styknął" więc ze swym intelektem i nie pomógł bratu swojego pracodawcy, a być może nawet mu zaszkodził. Swoją drogą bowiem, któż byłby w stanie zaufać gościowi o wyglądzie prosiaczka tuż po liftingu, w okularkach godnych bywalca podupadłego klubu dla drug queen w australijskim interiorze?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8