tabloid online w stanie spoczynku

* ZAPOMNIANE ARCHIWUM

poniedziałek, 26 czerwca 2006

Lustracyjne pitu-pitu zatacza coraz to nowe kręgi. Jak mogą bronią się przed tym księżulkowie, swoją drogą, mający sporo za uszami w tym temaciku. Kit im w ucho jednak. Lustratorzy, na razie bez większych sukcesów, szukają jednak uparcie nowych ofiar. Zasadzili się więc na dziennikarzy. Będa nas lustrować! Swego rodzaju ikona dziennikarstwa, jaką jest Adam Michnik, jakżesz często poniewierany na przeróżnych forach, może mieć jednak w dupie lustrację, bo tak naprawdę ta dotyczyć będzie obligatoryjnie tylko tych z mediów tzw. publicznnych. Szkoda mi ich, ludziska generalnie mają przerąbane. Nie dość, że płacą tam fatalnie, prestiż zerowy, to jeszcze taka przyjemnośc za zakrętem. Tymczasem Pan Adam M. - z tego co wiem - raczej w mediach publicznych nie pracuje, ani pracować nie zamierza. Media prywatne, przede wszystkim zaś ich dziennikarze, mogą - mówiąc szczerze - wypiąć się na lustrację, bo nikt nie zmusi ani dziennikarza ani jego szefa, do odczyniania jakiś jasełek. No chyba, że będzie chciał tego właścicel, choć nie przewiduję tu widowisk. Bo w sumie w normalnych mediach (prywatnych a nie politycznych), mnie jako szefa dajmy na to, gówno obchodzi, czy mój dziennikarz był na jakiejś tam wątpliwej liście, czy też nie był i w założeniu przynajmniej, jest czysty jak łza. Podobnie jak nie obchodzi mnie, czy ów dziennikarz sypia z żoną w celach prokreacyjnych, czy może tylko dla przyjemności, a może sypia z kochanką... lub kochankiem. To jego sprawa. Nie obchodzi mnie, czy chodzi do kościoła, czy do meczetu, czy może tylko do pubu, bo modły nad szklanką piwa najbardziej mu odpowiadają. Obchodzi mnie zaś jego warsztat i smykałka do tego co robi. I tyle. Propagatorzy lustracji wszystkiego co się rusza, na taki argument odpowiadają: no tak nie ma możliwości zmuszenia do zlustwowania się dziennikarzy mediów prywatnych, ale - dodają - taki oporny delikwent zostanie wtedy poddany "osądowi opinii publicznej". Jakiej opinii? Wielce szanowny i szanowany pan poseł Jacek K. kiedyś już precyzyjnie sformułował pojęcie "opinii publicznej". Jeśli tak, to jaki sens ma lustrowanie dziennikarzy lub obojętnie kogo innego? Przecież "durny naród i tak wszystko kupi". Należy więc mieć to w dupie.

Na marginesie... Kto mnie, powiedzmy dziennikarza tylko internetowego, zmusi do jakiejkolwiek lustracji (w myśl projektu - ci co piszą do internetu podlegają takim samym prawom)? Pójdę dalej. Kto mnie, powiedzmy właściciela dużej internetowej gazety, zmusi do lustrowania siebie samego i kilku zarabiąjących u mnie autorów? Pomijam już fakt, że ludzi tych w życiu na oczy nie widziałem, nawet nie wiem jak się nazywają. No i co? Mam wymieniać nazwiska tych, którzy mogą mi skoczyć, sami wiecie gdzie?

niedziela, 25 czerwca 2006

Izabella Cywińska mówi: "Takiego politycznego czasu jak dziś nie było od stanu wojennego. Cenzuruje się dowcipy, są próby cenzurowania spektakli, za chwilę pojawi się autocenzura. W tej sytuacji wszystko staje się polityczne, nawet gdy reżyser tego nie zamierzał. (...) Publiczność pęka ze śmiechu, kiedy jednego z bohaterów wysyłają do wojska, bo to się kojarzy z Dornem i kamaszami. Zadziwjające, że w ciągu kilku miesięcy wróciła atmosfera sprzed 25 lat."

piątek, 23 czerwca 2006

Żyjemy w schizo-świecie. High-Tech walczy z zabobonem. A ten ostatni ma się nawet dobrze. W pewnej telewizji, katolickiej jak najbardziej, obserwuję taki oto obrazek. Na przeciw młodego Polaka (na oko lat piętnastu) siedzi inny, młody inaczej Polak (na oko lat sześćdziesięciu). Młody, to błądzący jeszcze obywatel, stary to obywatel doświadczony i wykształcony, bo w randze profesora. Rozmawiają o filozofii. Pan profesor wyjaśnia młodzieńcowi wszelkie wątpliwości które nim targają. Dobiera argumenty, przekonuje, wysławia się pięknie. Tam jednak gdzie brak siły argumentów, zwłaszcza tych racjonalnych, gdzie teza wrogów boga, wiary i kościoła brzmi nader atrakcyjnie i trudno ją zdezawuować, pan profesor wytacza argument najpoważniejszy: oto siła i dzieło Szatana! Jeśli świat doczesny jest zbyt atrakcyjny, jeśli ludziom daje on przyjemność, beztroskę i zwątpienie w siłę Boga, i jeśli żaden najbardziej nawet zakręcony szmonces nie jest w stanie uszczuplić owego zwątpienia, niechybnie swe łapy maczał w tym Szatan! I mówi to Polak w randze profesora, na początku XXI wieku! I czy to nie jest schizo?

Żyjemy sobie w środowisku w którym tranzystor walczy z relikwią. W kieszeni marynarki nosimy komórki wielkości i grubości karty kredytowej, nad naszymi głowami jak oszalałe krążą satelity, w ciągu sekundy przenosimy się na dowolny kraniec świata, znamy tajemnice atomu, latamy w kosmos, zwalczamy choroby które kiedyś były plagą, rozwijamy sztuczną inteligencję, coraz bardziej jesteśmy przekonani, że człowiek to naprawdę brzmi dumnie, gdy tymczasem, jakby nigdy nic, jakiś palant z wyjątkową powagą mówi nam, że to tylko dzieło Szatana. Że to ułuda, świat nierzeczywisty. Matrix! To znaczy co: tranzystor nie istnieje, czy może stworzył go Bóg? A może Szatan? Wierzyć się nie chce, że jakby nigdy nic, tolerujemy tego typu rozdwojenie jaźni.

Nie chodzi tu o to by zakazać religii, czy też nakazać by wszyscy myśleli racjonalnie. Jeśli komuś trzeba bożków, to niechaj je ma. Niechaj nawet wierzy, że Ziemia jest płaska, a w odległych morzach żyją smoki, które połykają statki. Niechaj wierzy w niebo i piekło, bije pokłony przed czym chce, nie goli się i nie myje, chodzi w sutannie albo w pokutnym worku. Może mieszkać w szałasie, albo na drzewie, kwestionować istnienie elektryczności, brzydzić się telefonami a seks uważać za chorobę. Może być idiotą na swój prywatny użytek. Tylko niech nikt nie robi z tego pępka świata i na siłę przekonuje innych, że tak właśnie trzeba, że tylko taka postawa jest właściwa. Jeśli zaś mówi to profesor, z założenia ktoś wykształcony, no to wszystko staje na głowie i sensem życia jest brak sensu.

czwartek, 22 czerwca 2006

 Aleksander Szczygło jest wiceministrem obrony. Prezentuje się okazale. Równie okazałe ma pomysły. Ale nic dziwnego - jest przecież z PiSS. Ledwie usiadł w służbowym, skórzanym foteliku, a już nastąpiła intelektualna erupcja. Z dwa miesiące temu wymyślił mianowicie, że muzeum katyńskie stanie na przeciw ambasady ruskiej. A co? Wolno nam! Początkowo usiłowano mu wybić ten pomysł ze łba, ale zdaje się starania spełzły na niczym. Z uporem maniaka ministrunio prze do przodu. Uważa też, że nasze stosunki z ruskimi są na tyle złe (i to z ich winy), że małe muzeum pod ich oknami niewiele tu zmieni. Jeśli rzeczywiście o ruskich można mieć nie najlepsze zdanie, to pomysł ministrunia jest w rzeczy samej na poziomie właśnie ich mentalności. Jak mały Oleś nie może im dać w papę, to chociaż pokaże im język, wiedząc, że oni zarówno jego język jak i muzeum, mają kompletnie w dupie. Równie dobrze minister Aleksander mógłby pójść pod ruską ambasadę i narobić im na wycieraczkę. Efekt byłby taki sam. Z dumą i nieskrywaną satysfakcją dopisuję Pana Ministra do mojego pocztu idiotów.

środa, 21 czerwca 2006

Jedna z najważniejszych nagród tego Mundialu, pęczek zieloniutkiej pietruszki, padła łupem polskich frajerów, niby piłkarzy. W efekcie nasza reprezentacja, wraz z cennym łupem, spakowała bagaże i dziś zamelduje się na Okęciu. I jest to na pewno dobra wiadomość. Teraz pora na złe. Niestety, wszystko w Polsce sięga poziomu bruku. Wmęczone zwycięstwo z innymi frajerami, niewiele zmieniło. Polish Team zdobył trzy punkty w stylu godnym pożałowania. I tylko błagam was: nie krzyczcie na Okęciu "Polacy nic się nie stało", bo się stało. To kupa nieudaczników bez przyszłości i porównania polityczne, aż się cisną na usta.

Nasi zawodnicy sprawiali wrażenie jakby wszyscy byli z Pisu. Zachowali się jak amatorzy i wszystko dokumentnie spieprzyli. Mentalnie rzecz biorąc, ekipa Janasa to klon ekipy Jarosława. Podobnie zresztą jak pisiaki, o skandaliczny poziom swoich występów oskarżają wszystkich poza sobą. Znów zadziałał wrogi układ, do którego rzecz jasna zaliczają się dziennikarze. Oni wprost w złośliwy sposób i ostentacyjnie, nie zauważali nowoczesnego stylu gry narodowej reprezentacji. Nie poznali się na tym, nie docenili. Piłkarski PiS przegrał więc wszystko co mógł, ponieważ znikąd nie miał wsparcia i generalnie potrzebnej większości też nie miał. Zawiodła koalicja na rzecz zwycięstwa Polski. Pewne różnice widoczne są tylko w temacie trenerów. Trener Jarosław Kaczyński, wzrostem niewyględny, przypomina raczej Maradonę, tuszą zarówno i ruchliwością. Tyle że - z tego co mi wiadomo - raczej nie ćpa. Chodź jak tak dalej pójdzie, to nie tylko zacznie ćpać, ale i pić. Jeśli zaś się rozchodzi o trenera Janasa, to wychodzi na to, że ten jest zdecydowanie wyższy, ale wcale nie mądrzejszy. Odruchami przypomina Giertycha i na tym kończą się polityczne podobieństwa. Chyba nie ćpa, ale wyraźnie męczy go pragnienie. O zawodnikach nie będę się rozpisywał, bo to już nudne, choć w drużynie Pisu niezłe wrażenie robi napastnik Cymański, zadziorny i szybki, jednak lubuje się on w nieczystej grze i zbyt często fauluje. Jakby nie patrzeć jednak, obie drużyny to totalna kicha, bez szans na przyszłość. 

Szkoda mi ludności rodzimej. Naród kombinował bowiem tak: są mistrzostwa świata, a więc wreszcie zdarzy się coś, co na moment pozwoli nam zapomnieć o otaczającej nas na codzień beznadziei. Zamiast Gosiewski, łapkami tym razem będzie wymachiwał Boruc. A tu totalna kupa! Wszystko sprzysięgło sie przeciwko nam. Do dupy z taką Polską!

PS. W jednym się niestety pomyliłem. Wróżyłem na początku, że Polska na tych mistrzostwach nie tylko nie wygra meczu, ale nie strzeli nawet bramki. Przegrałem!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12